niedziela, 31 maja 2020

Prolog

   Wielka wojna nuklearna zniszczyła nasz dom, Ziemie.
   Tak naprawdę to nikt nie wiedział, dlaczego ta się właściwie stało. Nie było żadnego wypowiedzenia wojny, a przynajmniej żadne media o tym nic nie wspominały. Ot, tak każdy kraj świata, który miał do dyspozycji cokolwiek, co mgło wystrzelić na dłuższe odległości i spowodować wybuch, odpalił to prawie w jednym momencie. Kilka godzin później wszystko, co żyło na ziemi — no może oprócz robaków — nie żyło.
   Szczęśliwie dla ludzkości w tamtym czasie wiele państw miało już swoje większe lub mniejsze stacje kosmiczne. Było ich dokładnie dwadzieścia, a w sumie pracowało na nich około półtora tysiąca ludzi. Tyle zostało z populacji liczącej siedem miliardów osób . Obiekty krajów anglojęzycznych postanowiły połączyć się jako pierwsze, widząc w tej operacji większe szanse na przeżycie. To samo zrobiły stacje europejskie i azjatyckie, łącząc się w dwie potężne jednostki.
   Po krótkim okresie negocjacji i planowania dowódcy wszystkich trzech mega-stacji uznali, że nie tylko razem będą mogli przetrwać tyle lat w kosmosie. Ze słów szybko przeszli do czynów i już kilka dni później stworzono największe cudo techniki, inżynierii oraz dyplomacji w historii ludzkości. Wielka maszyna i zarazem wspólnota nazwana na cześć tego sojuszu "Przymierzem".
   Na niej rasa ludzka miała przetrwać około dwustu pięćdziesięciu lat, tyle wedle kalkulacji amerykańskich naukowców miało zająć środowisku na Ziemi dojście do momentu, w którym będzie ona zdatna do życia, bez skutków ubocznych promieniowania.
I takim sposobem jesteśmy w miejscu, w którym jesteśmy. Sto pięćdziesiąt cztery lata w tej cholernej, wielkiej, ciągle psującej się, głośnej i nudnej puszcze. Nazywam się Clary Fairchild i wyjaśnijmy sobie od razu, nie jestem tą sławną Clarissą Adel Fairchild, o której zapewne pomyśleliście. Jestem już chyba siódmym pokoleniem jej potomków, a jedyne co mnie z nią łączy to rasa Nocnych Łowców, imię i nazwisko. Z tym imieniem, to w sumie też tak nie do końca, ponieważ moje PEŁNE imię to Clary Sabine Fairchild.i mam siedemnaście lat i osiem miesięcy.
   A właśnie, bym zapomniała. Nie wspomniałam, skąd na Przymierzu wzięli się Nocni Łowcy. Otóż odkąd pierwsze misje kosmiczne zaczynały tworzyć swoje stacje, Clave, czyli taki nasz mini rząd, postanowiło wysyłać na nie przedstawicieli największych rodów Nefilim, aby tam żyli i pracowali wspólnie z Przyziemnymi, jednocześnie ich chroniąc. Nie mieli oni dużo pracy, jeśli chodzi o ochronę, ponieważ jak się okazało, metalowe ściany stacji uniemożliwiały teleportacje demonów, więc jedyne niebezpieczeństwo przeniknięcia tych stworzeń na pokłady, były wymiany załóg.
   Po połączeniu odnalezienie i zabicie pozostałej resztki demonów to była kwestia kilku tygodni. Gdy ostatni zmiennokształtny został odesłany do swojego wymiaru, Nocni Łowcy szybko zaaklimatyzowali się w nowych realiach. Już nie byli nie wiadomo jak wyjątkowi, bo stracili możliwość robienia tego, co czyniło ich wyjątkowymi, czyli chronienia Przyziemnych przed całym Światem Cienia. Stali się tak właściwie tymi, których mieli bronić, żyjąc i pracują razem ze zwykłymi ludźmi. Jasne, dalej uczono run, demonologii, władania bronią, ale głównie z myślą o tym, że kiedyś mieliśmy wrócić na Ziemię i możliwe, że by nam się to wszystko przydało.
   Tyle historii. Trochę o mnie, a właściwie o mojej rodzinie. Moja mama — Adele Faichild — jest jedną z najważniejszych osób na Przymierzu. Nie dość, że jest zastępcą prezydenta, to na dodatek jest najlepszym lekarzem i dyrektorem ambulatorium. Jest to o tyle fajne, że mogła, ją często podpatrywać podczas pracy, a z czasem nawet zaczęłam asystować jej podczas operacji. Tata nazywa się Malcolm Fairchild i jest szefem mechaników, przez co często go nie ma w domu, bo jak mówiłam, aktualnie ta staj to psująca się kupa złomu. Pozycja moich rodziców w strukturach Przymierza jest dla naszej rodziny przydatna i to jest fakt, bo łatwiej nam czasami o jakieś towary i tak sprawy, ale dla mnie osobiście przynosi to również niepożądane efekty. Każdy wie, jak dzieciaki reagują na swoich rówieśników w sytuacji lepszej od nich prawda? No właśnie. Przez to, jak wysoko w hierarchii znajduje się moja rodzina, nie raz doświadczałam niezbyt miłych komentarzy i zachowań ze strony kolegów i koleżanek ze szkoły. A kim ja jestem? No cóż, od pewnego czasu jestem...
- Więzień 114, proszę stanąć przodem do tylnej ściany.- No właśnie, od kilku miesięcy mieszkam w stacji więziennej na Przymierzu. Dlaczego? To bardzo proste. Tutaj robi się wszystko, aby zmniejszyć populację, ponieważ aktualny stan zamieszkania to około trzy tysiące osób, a jest to stanowczo za dużo. Tak więc za każde przestępstwo masz pewność, że zginiesz wypluty w otchłań kosmosu. Żeby stworzyć jakieś pozory humanitarności, osoby poniżej osiemnastego roku życia są więzione i w zależności od popełnionego wykroczenia po jakimś czasie wypuszczane, albo siedzą w celi do pełnoletności i wtedy następuje egzekucja.
   W moim przypadku było o tyle źle, że popełniłam chyba najgorsze przestępstwo, jakie mogłam — żyłam. Bardziej precyzyjnie — zostałam urodzona jako drugie dziecko w rodzinie, co jest u nas kategorycznie zabronione. Gdy to się stanie, to obaj rodzice „lecą” w kosmos, a dziecko, zostaje wtrącone do więzienia, chociaż nie jest niczemu winne. Jak więc się stało, że moja rodzina żyje, a ja jestem w celi od niedawna? Całkiem proste, przez ich pozycje. Uznano, że ich umiejętności i wiedza są zbyt ważne, aby przepadły, więc żyją. Z tego samego powodu przez tyle lat byłam wolna. Mama coś porobiła w papierach po porodzie i wyszło na to, że byłam jej siostrzenicą, a ona siostry nie miała. Dalej się zastanawiam, jak to wyszło na jaw, pewnie mam zaszła za skórę jakiemuś lekarzowi, który taką informację wypuścił, a ona, aby uniknąć skandalu, postanowiła umieścić mnie za kratami.
   Podsumowując, tak naprawdę oni popełnili przestępstwo i nic im się nie stanie, a ja jestem w więzieniu i zginę za nic.
- Więzień 114, ręce na głowę.- Wierzcie mi lub nie, ale tutaj nikt nie sprzeciwia się strażnikom. Każdy wie, że lepiej zrobić to, co mówią, niż oberwać elektryczną pałką. Tylko mi coś tu nie pasowało.
- Zaraz, panowie, przecież nie mam jeszcze osiemnastu. Zostało mi kilka miesięcy.

- Milcz, ręce na głowę\na głowę.- Usłyszałam ten koszmarny dźwięk przepływającego prądu, co skutecznie odcięło moje buntownicze zapały i już robiłam dokładnie wszystko o co „prosili”, no może oprócz jednego.- Wiezień 114, zdejmij zegarek z ręki.- To było coś, czego nie było szans, że wykonam. Dostałam go od dziadka, zanim umarł i nie było mowy, abym go oddała.
- Nie. Tego nie zrobię, za nic.- Jednemu ze strażników się ta odpowiedź chyba nie podobał, bo podszedł do mnie i chciał sam go ściągnąć. Ja jak to ja, nie poddałam się, tylko wyrwałam i chciałam uciec. Niestety drugi z nich mnie złapał, w tym momencie błam gotowa na przejście prądu przez moje ciało.
- Panowie przestańcie, proszę. Dam sobie radę.- Usłyszałam głos osoby, która wtrąciła mnie do więzienia.
- Mama?
- Możecie iść. - Strażnicy kiwnęli łowami i wyszli z pomieszczenia.
- Mamo, o co chodzi? Przecież do pełnoletniości mam jeszcze czas.
- Clary, nie musisz się obawiać, nie idziesz na egzekucje.- Powiedziała spokojnie, jakby nic się nie działo.
- Więc po co chcieli mnie zabrać?- Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, w końcu na Przymierzu coś takiego jak ułaskawienie nie wchodzi w grę.
- Chodź ze mną.- Ruszyłam w stronę drzwi do celi.- Spójrz.- W więzieniu było straszne zamieszanie. Młodzi więźniowie byli wyprowadzani, każdy dostawał plecak i był kierowany w tę samą stronę.
- Dobra, powiedz mi, co się dzieje, bo zaczyna mnie to wszystko przerażać.- Zaczęłam lekko panikować. Nie miałam żadnych informacji, a w takich sytuacjach zawsze się stresuje. Mama wzięła moją w dłonie i spojrzała mi w oczy.
- Clary, wszyscy młodociani więźniowie, sto pięćdziesiąt osób zostają wysłani na Ziemię. Wracacie do domu.- W jej oczach był entuzjazm pełną gębą. W moich zapewne jeszcze większe przerażenie i panika. Bo tak się właśnie czułam.
- I Ty mi mówisz, że mam się nie obawiać? Przecież to jest aktualnie gorsza opcja od wylecenia w kosmos!- Już prawie krzyczałam, nie ze złości, tylko ze strachu.- Jeszcze najmniej sto lat powinniśmy tu siedzieć.
- Obliczenia były błędne. Wedle naszych wskaźników na Ziemi promieniowanie spadło do poziomu umożliwiającego przeżycie.- Powiedziała to z takim przekonaniem, że prawie jej uwierzyłam.- Jesteście swego rodzaju misją ekspedycyjną. Dzięki Wam będziemy wiedzieć, czy rzeczywiście możemy wrócić na naszą planetę.- Nic nie odpowiedziałam, nie chciałam się kłócić, chociaż byłam zła, bo wiedziałam, że wysyłają nas na śmierć i mają gdzieś, co z nami będzie. Mama, widząc mój brak ochoty na rozmowę, kontynuowała.- Clary, wystaw rękę.- Robiłam to, co kazała. Założyła mi metalową bransoletę. Spojrzałam na nią z zapytaniem w oczach.- Dzięki nim będziemy mogli obserwować Wasze parametry życiowe.- Następnego zdania nie chciała chyba wypowiadać, bo jej wyraz twarzy znacznie posmutniał.- Weź plecak, są w nim najpotrzebniejsze rzeczy do przetrwania, plus dla Ciebie i innych więźniów Nocnych Łowców po steli i sztylecie serafickim.
- Po co nam one?- Odezwałam się pierwszy raz od dłuższego czasu.
- Nie wiemy, jak ma się sytuacja z demonami na Ziemi. Może ją zostawiły przez brak celów, ale mogą ich też być tysiące. Jest Was dziesięciu, musicie robić to, co Wasi przodkowie, bronić tych, którzy siebie obronić nie mogą.
- Pani dyrektor, już czas.- Usłyszałyśmy głos jednego ze strażników.
- Dobrze.- Odpowiedziała mama.- Clary dołącz do reszty.-Powiedziała bez uczuciowo, czyli jak każdy dobry polityk. Kiwnęłam głową, wzięłam plecak na ramie i ruszyłam, ale w ostatniej chwili zostałam objęta, przez jej ramiona.- Przepraszam córciu, nigdy nie chciała, żeby tak się stało.- Mówiła z wielkim smutkiem w głosie, a na ramieniu poczułam wilgoć, uświadomiłam sobie, że ona płacze i w tym momencie napłynęły mi do oczu łzy, które jednak szybko przepędziłam.- Uważaj na siebie, na innych i niech Razjel ma Was wszystkich w opiece.- Razjel, to był stwórca Nocnych Łowców, naszych przodków był kimś jak Bóg dla chrześcijan, choć oficjalnie byli oni ateistami. Zdziwiło mnie, że mam użyła jego imienia, ponieważ nikt tego nie robił od dziesiątek lat. Oderwała się ode mnie i odsunęła się w bok, abym mogła przejść.
   Dołączyłam do reszty więźniów. Strażnicy poprowadzili nas do wahadłowca i usadowili w wyznaczonych miejscach. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca i się zapieli, zamknięto właz i już po chwili poczuliśmy szarpnięcie, które oznaczało odłączenie się od Przymierza.
   Ziemio, nadchodzimy.

***

Witam wszystkich w prologu mojego opowiadania. Wiem, że wyszedł strasznie długi, ale chciałem dokładnie wszystko wyjaśnić, żeby nie było jakiś większych niewiadomych. Włożyłem w tę część wiele wysiłku i czasu, więc mam nadzieje, że spodobało Wam się to, co przeczytaliście i zostaniecie ze mną na dłużej.

Jeżeli ktoś ma jakieś uwagi, zachęcam do komentowania.

Pozdrawiam gorąco, Dankomen.

sobota, 30 maja 2020

Opis opowiadania.

Rok 2046
 Wszystkie kraje na Ziemi zaczęły odpalać dostępne u siebie pociski balistyczne.
Największe zniszczenia siały bomby atomowe, które wyniszczyły i napromieniowały całą planetę. Jeżeli ktoś nie zginął od fal uderzeniowych, to w kilka dni wykończyło go promieniowanie.
Jedynymi przetrwałymi wojnę nuklearną, byli ludzie pracujący w dwudziestu stacjach kosmicznych, na których zostali zmuszeni mieszkać przez wiele następnych lat.

Dziesiątki lat po tych strasznych wydarzeniach, nadarza się okazja, na powrót na ojczystą planetę, ale nikt nie ma pewności, czy na pewno da się na niej żyć.
Władza stacji postanawia wysłać ekspedycję na Ziemię.
Kto zostanie wysłany?
Czy marzenie kilku pokoleń ludzi się spełni i na Ziemi da się żyć?
Czy będą mogli powrócić do swojego domu?
A może nadzieje okażą się zgubne i wszyscy uczestnicy wyprawy zginą zaraz po zejściu na ląd?